Rozliczaj z pracy, nie z czasu pracy

Już czas porzucić przestarzały system rozliczania za czas spędzony w pracy! Przecież to, że pracownik przebywał w firmie osiem godzin, nie ma nic wspólnego z tym, ile pracy wykonał.

Większość pracowników wykonuje swoje zadania w wyznaczonym przedziale czasowym. Pracownik przychodzi do pracy np. o godzinie 9:00 i wychodzi osiem godzin później, o godz. 17.00. To świetny system, ale tylko pod warunkiem, że zatrudniasz pracowników produkcyjnych albo sekretarkę, która ma w określonych godzinach dyżurować przy telefonie. W każdym innym przypadku sztywne godziny pracy będą stanowiły archaiczny system, nieprzystający do współczesnych wymagań.

Zastanówmy się najpierw nad tym, dlaczego sztywne granice czasowe są dobre przy taśmie produkcyjnej. Otóż tam pracownik nie ma możliwości zająć się czymkolwiek innym. Taśma idzie, zjeżdżają z niej produkty i trzeba je np. montować lub pakować. Jeśli ktoś o tym zapomni, na taśmie może dojść do „karambolu”. Wiadomo więc, że jeśli dana osoba pracowała przez 8 godzin przy taśmie, to prawie na pewno wykonała swoje zadania.

Jeśli potrafiłbyś sprawić, że praca w biurze również będzie przebiegała taśmowo, być może nadal mógłbyś pozostać przy rozliczaniu godzin pracy. Ale tam, gdzie liczy się kreatywność, konieczność wykonywania operacji umysłowych, nie wystarczy wydać pracownikowi rozkaz.

Efektywność może mieć się nijak do czasu spędzonego w pracy. Ktoś może przychodzić za pięć dziewiąta, a opuszczać biuro za dziesięć szósta i zrobić mniej niż jego kolega, który spóźnia się i wychodzi przed czasem. Ktoś potrafi skupić się, zebrać swoje siły i w krótkim czasie wykonać nawet złożone zadania, a ktoś inny, kto pracuje w innym stylu, na te same obowiązki będzie musiał przeznaczyć znacznie więcej czasu.

Dlatego właśnie rozliczanie pracowników z czasu spędzonego w siedzibie firmy nie ma sensu. To przestarzała metoda, która dziś stosowana powinna być tylko w ściśle uzasadnionych sytuacjach (patrz wyżej).

O wiele bardziej logiczne jest rozliczanie pracowników za efekty. Bierz pod uwagę nie to, ile czasu pracownik spędził w pracy, ale co wykonał i czy zrobił to rzetelnie.

Dzięki temu pracownik zyska poczucie swobody i w większości przypadków będzie pracował efektywniej. Będzie chciał przecież jak najszybciej wykonać zadania i zyskać czas wolny, który w takiej sytuacji stanie się dodatkową nagrodą i zarazem motywacją. Z drugiej strony, pracownicy nie skończą w połowie rozpoczętego projektu tylko dlatego, że minęła 17:00. Jeśli zaczęli coś robić, powinni zrobić to do końca.

Efekt powinien być taki, że w dniach, kiedy pracy w firmie będzie mniej, pracownicy zyskają czas wolny, który (gdyby siedzieli w biurze) spędziliby zupełnie nieefektywnie. Za to wówczas, gdy sytuacja będzie wymagała wzmożonej aktywności, pracownicy będą mogli zostać w pracy dłużej.

Przejście z czasowego na zadaniowy tryb pracy przesuwa akcent z „bycia do dyspozycji firmy w określonych godzinach” na „zrobienie tego, co jest do zrobienia”. Tak więc postawa bierna (obecność) zostaje zmieniona w aktywną (wykonanie pracy).

Warto jednak podkreślić, że uelastycznienie czasu pracy nie powinno oznaczać rezygnacji z jakiejkolwiek kontroli. Konieczne jest wprowadzenie takich zmian, które będą pozwalały na dokładne ocenianie jakości pracy poszczególnych pracowników.

Tylko wtedy, gdy swoboda czasowa zostanie połączona z rzetelną kontrolą jakości, taka zmiana opłaci się wszystkim – i firmie, i jej pracownikom.

Miejmy nadzieję, że już niedługo wejdą w życie przepisy, które ułatwią stosowanie elastycznych form zatrudnienia. Niestety, polskie prawo na razie nie sprzyja zadaniowemu trybowi pracy, choć… dla upartych pracodawców nie ma rzeczy niemożliwych.

Marcin Pietraszek

Fot. Getty Images